Jak to jest z tym "Vogue'iem"?



Z czymś takim jak „Vogue” po raz pierwszy spotkałam się podczas wakacji 2015, w europejskiej stolicy mody, Paryżu. Przy kiosku stałam w zakurzonych białych sandałkach, a moja spódnica w kwiatki delikatnie powiewała. Zaczynał już padać lekki deszcz, a ja dalej stałam w bezruchu, trzymając w prawej dłoni francuskie wydanie. Przy sobie miałam jedynie kilkanaście euro. Wystarczyłoby. Jeden egzemplarz kosztował 10. Nie pamiętam  jak wyglądała okładka, choć domyślam się, że musiała być wyjątkowa – w końcu przyciągnęła moją uwagę. Ostatecznie nie dokonałam zakupu. Jak można wydać ponad 40 zł na magazyn? Wróciłam do podziwiania nowego dla mnie miasta, a o czymś takim jak „Vogue” po prostu zapomniałam.


Latem 2017 potwierdzono – powstanie polska edycja „biblii mody”. Wydaje mi się, że wracałam wtedy z Warszawy. W oddali malował się Pałac Kultury i Nauki. Na tylnym siedzeniu czułam się znudzona, więc zupełnie nieuważnie przeglądałam Facebooka. Zobaczyłam hasło „Vogue Polska”. Lekko jeszcze nie dowierzając, zdjęłam swoje okulary przeciwsłoneczne. Przeczytałam artykuł. „Do kiosków trafi na początku 2018 roku”. Ostygłam. „Meh, na początku 2018 to ja będę sławną aktorką” powiedziałam w głowie.  I znów – o czymś takim jak „Vogue” po prostu zapomniałam.

Zupełne początki Instagrama zmuszały mnie do skrupulatnego eksplorowania. Wypada przecież znać trendy. Nie trudno więc się domyślić, że pierwszą okładkę zobaczyłam nie dalej niż 30 minut po jej trafieniu do sieci. Pomyślałam „mamy to! Wreszcie! To nie sen!”.  Wiedziałam, że ja, stara, dobra fashionistka będę go mieć. Nawet jeśli przyjdzie mi bić się o niego pod kioskiem.

Kiedy zobaczyłam tę biel i nostalgiczną czerń, pierwsze co wykrzyczałam do moich znajomych: „to chyba żart”. Byłam zła na okładkę, byłam zła na fotografa. Nie chodziło to, że mi się nie podobała. Po prostu oczekiwałam czegoś zupełnie innego. W wyobraźni pierwsze wydanie widziałam malowane zielenią i czerwienią. I z napisami, znaczy tytułami artykułów. Myślałam, że to będzie coś zwykłego. Coś do czego jesteśmy już przyzwyczajeni.

Najpopularniejsze zdjęcie na naszym profilu – jest na nim okładka „Vogue’a”. Kolejne po nim – „Vogue”. Najlepsze zasięgi, najdłuższe komentarze – „Vogue” na instagramie ma magiczną moc. Sama przynajmniej 3 razy w tygodniu przeglądam posty posiadające hasztag „voguepolska”. Te zdjęcia są hipnotyzujące. Pokazują, że ten magazyn ma moc. Wrzawa wokół pierwszej okładki była najlepszą reklamą. Mówiono o niej dobrze – kupujesz, bo warto. Mówiono o niej źle – kupujesz, bo chcesz się przekonać. I w ten sposób nakład został wyczerpany.

„- Widać, że to pierwsze wydania
-Są słabe i chaotyczne?
-Każde kolejne jest lepsze od poprzedniego”
O „Vogue” się rozmawia. Razem z koleżankami chętnie wymieniamy się opiniami na jego temat. Część z nas „siedzi” w modzie bardziej lub mniej. Mamy też inne poczucie estetyki. Mimo to, wszystkie z chęcią kupiłyśmy kolejny numer. Czy to magazyn uzależniający i potrzebny?
Na polskim rynku mamy też „Harper's Bazaar” i „Elle”. Najbardziej znane, cenione i o podobnej do
„Vogue’a”  randze. Jest też kilka mniej znanych pism, które równie mocno trzymają się tego nurtu. Z drugiej strony mamy ciemną stronę prasy dla kobiet. W „Urodzie”, „Twoim stylu” i „Wysokich obcasach” mamy przede wszystkim lifestyle. Te magazyny kupujemy dla wywiadów. „Vogue” kupujemy dla mody.

Kolejna sprawa to cena. 16.90 – dużo kiedy pomyślimy, że przecież większość  zawartości znajdziemy gdzieś w internecie. Mało, jeśli przypomnimy sobie o wysokiej randze. „Vogue” wypada dobrze na tle swoich konkurentów. „Harper’s Bazaar” to koszt 11.99 zł, a „Elle”- 8.99 zł. Porównując  jednak właściwą grubość, łatwo dostrzec, że 17 zł jest naprawdę "OK".

Chciałabym już przejść do pytania „czy warto?” albo „jak prezentuje się drugi numer w porównaniu do pierwszego?”, ale czuje się zobowiązana by odwołać się do kwestii reklam. Przeczytałam wiele komentarzy, że to oburzające. Kobiety były złe. „Nie warto płacić 16.90 za prawie 200 stron reklam”. Faktycznie, plakatów i kampanii było dużo. Ale czyż nie taka jest filozofia „Vogue”? O ile te fotki są piękne i inspirujące to przecież możemy traktować je jako element magazynu.  W przypadku drugiego numeru reklam zauważyłam dużo mniej. Wydawało mi się, że wręcz zniknęły gdzieś na wysokości 100 strony. Słowa „wydaje się” nie brzmią dobrze, więc po prostu policzyłam. Okazuje się, że pierwszy numer to 150 plakatów, co w stosunku do całkowitej objętości 360 stron daje 42%. W porównaniu do wydań: amerykańskiego czy australijskiego – i tak dość mało. Jeśli chodzi o numer kwietniowy – reklam znalazłam już tylko 48. Skoro całość liczy 252 strony, to okazuje się, że kampanii mamy tylko 19%. To niezbyt dużo.


W kwietniowym numerze najbardziej nie mogłam doczekać się felietonu. Pierwszy był błyskotliwy i lekki. A ja bardzo lubię czytać przyjemne i krótkie teksty. Bardzo podoba mi się to ścisłe powiązanie z modą, a określenia typu „Prada Północ” wywołują na mojej twarzy uśmiech. Kwietniowy felieton (a raczej ten napisany do kwietniowego numeru) nie ma już tej samej płynności i lekko pachnie feminizmem. Bardziej niż częścią magazynu, jest on po prostu dodatkiem do niego.


Nie mogłam nie zwrócić uwagi na reportaż z drugiego numeru. „Misja specjalna” to połączenie wywiadów z kilkoma młodymi lekarkami. Kolejny dobry i mądry tekst. Wciągający, mimo bycia całkiem poważnym. I nie jest w „Vogue” tylko dla zapełnienia miejsca. Tak jak cały magazyn (według początkowego zamysłu) ma być bezkompromisowy, pokazywać silne kobiety i tę najprawdziwszą prawdę. Od początku bałam się, że nasza polska wersja „biblii mody” zbyt głęboko wejdzie w lifestyle. Okazuje się, że stosując pewien umiar można tego uniknąć.


Silne, piękne i nietuzinkowe – takie są kobiety stojące na czele światowych redakcji „Vogue”. W „En Vogue” w części „Styl” już dwukrotnie nam je przedstawiano. Krótko o życiu inspirujących ludzi. Tak właśnie opisałabym te teksty. Najpierw Aleksandra Woroniecka, teraz Julia Pelipas. Nie będę podsumowywać tego inaczej niż słowami: z niecierpliwością  czekam na kolejną sylwetkę.
 

Czy kupić nowego „Vogue”?
Wyżej przedstawiłam wam oba wydania. Porównałam je do siebie. Myślę, że warto swojego „Vogue” mieć. Może ujmę to trochę inaczej: warto go przeczytać i przejrzeć. To rzecz, która ma sprawiać przyjemność. Nie ugotuje za was obiadu, nie odrobi lekcji i nie przygotuje prezentacji do pracy. Ale może być idealnym dodatkiem do lampki wina w wolny, piątkowy wieczór. A może do kawy i ciastka w sobotni poranek?

Dzięki za uwagę 
Weronika

Jak to jest z tym "Vogue'iem"?

Z czymś takim jak „Vogue” po raz pierwszy spotkałam się podczas wakacji 2015, w europejskiej stolicy mody, Paryżu. Przy kiosku stałam w...